poniedziałek, 2 listopada 2015

Osiemdziesiąt osiem dni postępu

Minął kolejny miesiąc diety i chwilami czuję, że nie ogarniam. Generalnie już jakiś czas temu wpadłam w dobry rytm - w piątek planowanie posiłków na następny tydzień, w sobotę przygotowanie listy produktów i zamówienie zakupów, a w niedzielę gotowanie. Wiadomo, później w ciągu tygodnia też spędzam sporo czasu w kuchni, ale staram się to ograniczać do minimum. Dlatego w pierwszej połowie tygodnia jadam sałatki, zupy i bardziej skomplikowane dania, a mniej więcej od środy, czwartku lecę już w większości na owsiankach i kanapkach ;) Testowałam już też opcję przygotowania w niedzielę jednego obiadu na cały tydzień, ale zakończyło się to fiaskiem, bo nie mogłam później patrzyć na kuskus, zwłaszcza, że nie wyszedł szczególnie smaczny ;) Także jeśli chodzi o obiady, to poniedziałek-środa jest jeden, czwartek-piątek drugi, a w weekendy trochę improwizuję. I gdy wszystko idzie dobrze i według planu, przychodzi taki dzień, kiedy spędzam poza domem 14h, zapominam dzień wcześniej przygotować sobie jedzenie do pracy i wypadam z utartej ścieżki. Ciężko jest się wtedy ogarnąć i nie odpuścić zupełnie, ale zbieram się w sobie i jakoś idzie to wszystko do przodu. Przyzwyczaiłam się już po prostu do myśli, że ta dieta potrwa jeszcze trochę czasu i nawet jeśli coś pójdzie niezgodnie z planem, to nie zaprzepaszczę przecież wszystkiego tego, co już udało mi się osiągnąć. Wrzuciłam trochę na luz, nie stresuję się tak bardzo, chociaż nie ukrywam, że marzy mi się już trochę więcej miejsca na improwizację w menu. Ale na to przyjdzie jeszcze czas :)

Po zmianie limitu kalorii na około 1600kcal, waga wreszcie ruszyła i zaczęło się coś kręcić w dobrą stronę :)
Waga -2,4kg (łącznie -7,0kg)
Talia -1,0cm (łącznie -8,5cm)
Biodra -3,5cm (łącznie -7,0cm)
Udo -1,0cm (łącznie -5,0cm)


Co ciekawe, tym razem zaczęły maleć obwody dolnych partii, gdzie do tej pory szło to bardzo opornie. Fajnie jest kupić “prawdziwe” dżinsy i nie prosić o największy dostępny rozmiar ;) Nie jestem chyba jeszcze gotowa na publikację zdjęć porównawczych, ale nadejdzie w końcu ten moment :)

Z zawirowań zupełnie nieprzewidzianych, okazuje się, że mam niedoczynność tarczycy. Mogłabym więc zrzucić teraz wszystkie swoje problemy z wagą na chorobę, ale tego nie zrobię. Nie ma co się usprawiedliwiać, tylko robi swoje, a jeśli leki ułatwią mi teraz schudnięcie to fajnie, ale nie uzależniam od tego swojej diety. Bardzo spodobało mi się zalecenie lekarza: “wrzucić na luz, nie denerwować się i nauczyć się rzucać czasami szklankami” ;) Tak więc staram się nie przejmować i nie stresować tylko dostosować do nowego stanu rzeczy.

poniedziałek, 19 października 2015

Lato w kole

Upały, długie dni i krótkie noce są już co prawda tylko wspomnieniem, ale może ten wpis pomoże się trochę rozgrzać w to jesienne przedpołudnie ;) Zakup własnego koła cyrkowego był mocno spontaniczną decyzją, podjętą po jednych zajęciach aerial hoop w Lejdis Studio Open Space. Spodobało mi się na tyle, że wiedziałam, że nie znudzi mi się szybko, poza tym szukałam alternatywy dla rurki, zwłaszcza na okres wakacyjny, kiedy dużo (większość) czasu spędzam na działce w lesie. Dojazdy stamtąd na zajęcia bywają męczące, więc chciałam mieć coś do treningu na miejscu, a do tego na świeżym powietrzu. Oczywiście idealna byłaby rurka na zewnątrz, ale ta opcja cenowo i technicznie była raczej mało osiągalna ;) Tak więc z okazji Dnia Dziecka dostałam swoją nowoczesną wersję trzepaka ;) Po burzy mózgów kilku inżynierów udało się wymyślić stabilny sposób na zamocowanie koła między dwoma drzewami ;) Konstrukcja może nie wygląda pięknie, ale przynajmniej jest pewność, że utrzyma koło i dwie osoby na nim wiszące (przetestowane!). Tak więc nie pozostawało nic innego jak zacząć ćwiczyć!

Po zajęciach w Lejdis Studio wiedziałam, że przydadzą się rękawiczki, takie jak na siłownię. Koło ma mniejszą średnicę niż rurka co powoduje dużo szybsze powstawanie odcisków (siniaków też!), dlatego na początek ochrona dłoni na pewno się przydaje. Poza tym rękawiczki zapobiegają ślizganiu się dłoni. Chociaż nie ukrywam, że po jakimś czasie przerzuciłam się jednak na magnezję, ale to dopiero wtedy kiedy poczułam się na kole pewniej. A odciski? No cóż :P Czasami miałam skórę zdartą do krwi, ale po jakimś czasie dłonie trochę się przyzwyczaiły.


Jak wygląda nauka tricków bez pomocy instruktora? Chwilami dość skomplikowanie ;) Znalazłam na youtube świetny filmik, będący kompilacją podstawowych i średnio zaawansowanych figur na kole, wraz z ich sposobem wykonania.


Bardzo często sam efekt końcowy, konkretna poza wymaga wiedzy o tym, jak do niej "wejść". Tak więc robiłam rozgrzewkę, oglądałam odpowiedni fragment filmiku i próbowałam go samodzielnie odtworzyć. Często kończyło się tak, że wchodziłam na koło, siadałam i zastanawiałam się "jak to było dalej" ;) Jest to pewne utrudnienie, ale przynajmniej miałam zapewnioną dużą liczbę powtórzeń samego wchodzenia ;) Inna kwestia jest taka, że bez instruktora często zdarza się, że nie wiadomo co ćwiczyć. Dlatego warto przed treningiem przygotować sobie w głowie albo na kartce spis figur, które chcemy opanować, żeby nie tracić czasu na samym kole i nie "stygnąć" po rozgrzewce.


Czy udało mi się zrobić duże postępy przez te trzy letnie miesiące? Ćwiczyłam minimum raz w tygodniu, czasami zdarzało się nawet codziennie, przez około 40 minut. Opanowałam sporo figurek, ale niektórych zwyczajnie boję się robić bez asekuracji kogoś doświadczonego. Na pewno dużo dało mi pójście na pierwsze zajęcia pod okiem instruktora, załapałam podstawy i poprawną technikę wykonywania. Koło ma sporo podobieństw do rurki, ale też różni się od niej pod kilkoma aspektami. Siniaków jest mniej, ale są za to bardziej bolesne (zwłaszcza te pod kolanami!). Jak już się na koło wdrapie, to można złapać oddech i chwilę odpocząć, a dopiero potem wziąć się za robienie figurek. Z kolei działa to też na niekorzyść w drugą stronę - z rurki można się w kontrolowany sposób zsunąć, z koła się po prostu z hukiem spada ;) Dlatego asekuracja i miękki materac to podstawa!


Koło daje dużo frajdy, nie tylko osobom z zajawką na rurkę. Zostało przetestowane na co najmniej kilku imprezach i radochę z wiszenia na kole miały zarówno dzieci jak i dorośli ;) Moją główną miłością jest nadal rurka, ale aerial hoop zdobyło sobie stałe miejsce w grafiku zajęć, zwłaszcza latem :)


środa, 7 października 2015

Sześćdziesiąt dni postępu

Post jest już nieco zdezaktualizowany, bo pomiary i podsumowanie są na dzień 30 września ;) Po tygodniu wprowadzonych modyfikacji jest już trochę inaczej, niemniej jednak ślad niech zostanie.

Te niecałe trzy tygodnie można podsumować jednym słowem: ZASTÓJ. Nie ukrywam, że było to frustrujące - niby jem według rozpiski, ale ciągle gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl, że może jednak robię coś źle. Do tego w ostatnim tygodniu doszły problemy żołądkowe i generalnie mój humor nie należał do najlepszych.

Waga +0,1kg (łącznie -4,6kg)
Talia +1,0cm (łącznie -7,5cm)
Biodra -0,5cm (łącznie -3,5cm)
Udo -0,5cm (łącznie -4,0cm)


Jak widać, cyferki też pokazują zastój. Na szczęście konsultacja u pani dietetyk i wprowadzone po niej niewielkie modyfikacje już dały efekt w postaci kolejnego kilograma w dół. Niestety organizm wymęczony wieloma różnymi dietami szybko przyzwyczaił się do dziennej porcji 1750kcal i uznał ją za niezbędną do utrzymania wagi. Odkąd obcięłam z jadłospisu około 100kcal waga ruszyła w dół :) Mogłabym teoretycznie dodać jakiś trening zamiast zmniejszania ilości jedzenia, ale przy moim aktualnym trybie dnia wiem, że to się po prostu nie uda. Tak więc nie pozostaje nic innego jak obserwować, mierzyć i na bieżąco korygować ewentualne odchyłki.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...